• 24 Marzec 2014

Tramwaje na pustyni

Piotr Fedorczyk

  • Miejsce i data wydania:
    Warszawa 2014
  • ISBN:
    978-83-64530-17-3
  • Format:
    A5
  • Ilosc stron:
    64
  • Rodzaj:
    poezja
  • Oprawa:
    miękka, klejona ze skrzydłami

Drugi tomik przedwcześnie zmarłego warszawskiego poety. Książka została wydana rok po jego śmierci

Leszek Żuliński

Rozległa przestrzeń umierania

Krótka notka biograficzna komunikuje: Piotr Fedorczyk (1967-2013) – poeta, redaktor, dziennikarz i copywriter. Ten zmarły w wieku 46 lat poeta pojawił się w przestrzeni publicznej na przełomie lat 80. i 90., dane mu więc było rozwijać swój żywot twórczy przez niespełna ćwierć wieku. Pierwsze kroki stawiał w znanych w tamtym czasie klubach studenckich, potem można było niejednokrotnie słyszeć jego wiersze w wielu rozgłośniach radiowych, czytać w niektórych pismach (np. w „Miesięczniku Literackim”); w roku 1997 wydał Opowieść bez początku i końca w oficynie WKMS-Herbud, raczej mało znanej w przestrzeni ówczesnego i dzisiejszego życia literackiego. Zawodowo był jednak aktywny – dokładnie dowiecie się, na jakich ciekawych niwach pracował pod linkiem: http://www.goldenline.pl/piotr-fedorczyk2/

Tak więc dorobek literacki niewielki, popularność niszowa, a jednak śmierć Piotra poruszyła nasze środowisko. Dlatego, że był postacią ciekawą, nieszablonową, wyrazistą. Niebawem nakładem Fundacji Duży Format ukaże się tom wierszy Fedorczyka pt. Tramwaje na pustyni. Nie wiem, czy będzie to „ostatni głos Piotra”, czy jeszcze z papierów pośmiertnych coś się wyłoni.

Tramwaje są ważnym i ciekawym prezentem, jaki nam zostawił. To teraz już jedyna opoka naszych domysłów, w jakim świecie żył Fedorczyk. A żył – jak to poeci – w rozkroku. Jedną nogą chodził po ziemi, drugą – w chmurach. Ambiwalencja reizmu i osobliwej lewitacji imaginacyjnej komponowała świat Piotra; liryzm zderzał się z konkretem. miasto – z naturą, realizm – z „przestrzenią poetycką”.

Przestrzeń ta wypełniała się z biegiem czasu łagodną frustracją, alienacją, niepokojem. Wiersz tytułowy tego cyklu to opis starzenia się. Czytamy: Tylko zegary / cyk, cyk, cyk, / zmarszczki, coraz mniej zębów, / wciąż boleśniejsze kace / i te stalowe okucia jesieni, / coraz to nowe, / kiełkujące na cmentarzach krzyże. / Wieczność. / Coraz bardziej myli się / z doczesnym przegrywaniem. / Niedzielne msze, / duszności duszy / i ta codzienna impregnacja. Na horyzoncie majaczy śmierć. A pointa jest taka: Tak kruchość ogarnia ten wszechświat / i rodzą się pustynie / i wszelkie pustynne ścierwo.

Śmierć w tych wierszach nie jest histerycznie potęgowana, ale na pewno jest totalitaryzowana, to znaczy uznawana za siłę ostateczną. Te ścierwa na pustyni to krajobraz, w jaki Fedorczyk wpatrywał się z coraz większą... No właśnie: namiętnością?, stoicyzmem?, lękiem?, buntem? Jednak wybrałbym smutny stoicyzm. Żal przemijania snuje się w tych wierszach jak mgła i nie chce opadać. Potęguje się alienacja, wyobcowanie, samotność. W jednym z wierszy pojawia się „motyw goetheański”: I zobaczyłem jak dziurawy jest mój czas / jak bezlitośnie nie czeka / nawet gdy na tygodnie zasypiam / pod zaspami przeczuć // I zobaczyłem jak niepohamowany jest / jak nieludzko uparcie / trwa w swej wiekuistej ucieczce / przed mym błaganiem o chwilę / ale chwila – jak wiadomo – nie trwa, tylko znika.

Całe to doznawanie świata i życia rozwija się w tych wierszach z kontrolowaną namiętnością. Kontrolowaną, bowiem nie przekraczającą granic ani euforii, ani histerii. Czasami pojawia się gorzki sarkazm; na przykład w erotyku poeta flażolety kamasutry nazywa egzaminem z kardio-empatii. Ładny, inteligentny dowcip, acz z lekka cyniczny. Cynikiem jednak Fedorczyk nie był, raczej sceptykiem i kimś, kto utracił wiarę w sens i trwałość czegokolwiek. Ta cholerna Śmierć staje się znośna tylko wtedy, gdy o niej nie myślimy. Ale on chyba z biegiem lat już o niczym innym nie myślał. Nie sądzę, by popadł w totalny nihilizm. Te wiersze są – á rebour – pieśnią pochwalną życia; tak śmierci nie przeżywają abnegaci, tylko hedoniści. Im trudniej, im ciężej, im się umiera bez pogodzenia. W tym przypadku było to pogodzenie głęboko introwertyczne.

Wiele o Fedorczyku mówi wiersz pt. Błyskawiczna metoda samooczyszczenia. To ironiczna spekulacja sposobów na „bycie wśród ludzi”. Opis nieustannej gry w interpersonalnej przestrzeni. Gry, którą wiecznie przegrywamy, ale zakładanie maski to jednak ożywczy „zabieg kosmetyczny”. Poeta wpisał gdzieś w ten wiersz własny dystans wobec takich zabiegów. I właśnie autodystans to kolejny ciekawy motyw tych wierszy.

Topos miasta jest jednym z częstych i ważnych tu motywów. Nic dziwnego – Fedorczyk był „bardzo miejski”. Jego miasto ma jednak niewiele wspólnego z zastaną poezją futurystyczną; ono tu tworzy raczej biocenozę wewnętrzną, jednak często bardzo nietypową, zhomogenizowaną z zaskakującymi skojarzeniami. Np.: Śmiertelny anioł stanął na rogu / patrzy w głębokie oczy knajpy / a w jej źrenicach pełza człowiek / mdły i wątpiący płomyk prawdy / Tramwaj dziejów skręca i jęczy / zgrzyt zwrotnic czasem mu odpowie / Jezus Chrystus sprawdza bilety / Wciąż ktoś wsiada ktoś wysiada. Spotykamy się także z „toposami przyrody”, ale to wszystko jest li tylko scenografią egzystencjalną – poeta głównie skupiał się na własnej „dezintegracji negatywnej” i na świadomości utraty, której jazgot z roku na rok się potęgował.

Najbardziej zaskakiwały mnie „wiersze apokaliptyczne”. Oto przykład: Pochmurny grudzień. Kolejna apokalipsa. / Do cna wypalone słońce. Mrok. / Odcienie szarości jedynie tleją. / Jeździec bez konia zsiada z nicości swej, / do świątyni spopielonej wchodzi: / tam tylko zgliszcza i ostatnia garstka / wciąż jeszcze wiernych. To przecież brzmi jak metafizyczna klasyka rodem ze scen biblijnych. Fenomen polega na tym, że Fedorczyk przymierzał do swego nihilizmu różne miary i warianty. Przestrzeń, w jakiej „testował” swoje umieranie była rozległa – zaczynała się w egocentrycznych lękach, a kończyła w kulturowych symbolach.

Im dalej w las, tym bardziej zagęszczają się konteksty i odniesienia Fedorczykowego umierania. Odjął on swojej Śmierci zimny chłód i nadał jej znaczącą zmienność dekoracji i klimatów. Umiał to robić w komunikatywny, acz rozgorączkowany sposób. I dzisiaj widzimy, że straciliśmy poetę nieodkrytego za życia. Życzmy mu powrotu do nas – bo taką siłę ma tekst, ma Słowo. Usiądźmy razem z Piotrem Fedorczykiem do stołu i podelektujmy się ucztą, której smak on zapewne już zna.

Gdybym to wszystko chciał dokładnie opisać, musiał by to być szkic, nie recenzja. Toteż proszę przyjąć, że sygnalizuję tylko potencjał tego autora, któremu być może ten zbiór wierszy otworzy nowe życie po śmierci.

Powrót